Glow Tallow Cream to dla mnie naprawdę wyjątkowy krem. Tworząc jego recepturę od początku wiedziałam, że chcę wykorzystać w niej składnik, który dziś bardzo rzadko spotyka się w pielęgnacji – smalec gęsi.
Bardzo lubię ten składnik. Myślę o nim trochę jak o niedocenionym sojuszniku kobiecej skóry. W połączeniu z łojem wołowym tworzy wyjątkową bazę, która pomaga chronić skórę przed utratą wilgoci i wspiera utrzymanie odpowiedniego poziomu nawilżenia, pozostawiając ją miękką, komfortową i pięknie odżywioną.
Zależało mi również na tym, żeby „glow” w nazwie tego kremu naprawdę coś znaczył. Nie chciałam dodawać miki, pigmentów ani rozświetlających drobinek. Chciałam, żeby efekt promiennej skóry wynikał z samej pielęgnacji i z tego, jak skóra wygląda, kiedy dostaje to, czego potrzebuje.
Dlatego w recepturze znalazły się również oleje, które szczególnie cenię – rokitnik, buriti, dzika róża i olej z pestek śliwki. Każdy z nich wybrałam z konkretnego powodu. Nie po to, żeby lista składników była dłuższa, ale dlatego, że chciałam, żeby każdy miał w tym kremie swoje miejsce i swoją rolę.
Glow jest jednym z tych produktów, które szczególnie lubię. I chyba najlepsze potwierdzenie tego, że udało mi się stworzyć dokładnie taki krem, jaki chciałam, dostaję od kobiet, które do niego wracają i mówią mi, jak bardzo go lubią.
Każda receptura TALÈ powstaje od podstaw. Tworzę ją sama, testuję, dopracowuję i zmieniam tak długo, aż mam pewność, że jest dokładnie taka, jakiej szukałam.
I właśnie takie mają być kosmetyki TALÈ.